Marian Łapiński

Historia Mariana – przed i po wypadku

Chciałbym zaprezentować Wam historię naszego przyjaciela Mariana. Droga, którą on przeszedł dla wielu z nas byłaby nie do zniesienia. W jego przypadku tragiczny w skutkach wypadek, a w efekcie trwałe kalectwo, nie tylko że nie zmienił jego pozytywnego stosunku do świata, ale sprawił że odnalazł on w życiu jego prawdziwe piękno i najważniejsze wartości: wiarę w Boga, nadzieje i miłość.

Myślę że lektura jego pamiętnika może przydać się nam wszystkim, szczególnie gdy przeżywamy trudne chwile i wydaje nam się że jesteśmy kompletnie bezsilni, a życie nie ma sensu…..

Cześć pierwsza – wypadek

Marian Łapiński

Marian Łapiński

Jest lato 1 sierpnia 2002 roku. Jak co dzień rano budzi mnie odgłos budzika, otwieram oczy i spoglądam na zegarek jest godzina 5.30. to o tej porze zawsze wstawałem do pracy. Zaspały wyciągnąłem rękę w kierunku zegarka, wyłączyłem budzik i zamknąłem oczy. W tym dniu nie szedłem do pracy- ale okropnie chciało mi się pić, co zmusiło mnie do wstania. Powoli wstałem: bardzo kręciło mi się w głowie, więc szybko usiadłem na fotelu i napiłem się napoju, była to chyba oranżada – nie pamiętam, wziąłem papierosy i wyszedłem na podwórko. Usiadłem na ławce, zapaliłem papierosa i ze spuszczoną głową myślałem: Jak ja przyjechałem do domu! Nie mogłem być tak pijany skoro przyjechałem rowerem, cały nie poobijany! Ale nic nie pamiętam! Poszedłem do garażu zobaczyć czy jest rower, stał jak zawsze na swoim miejscu. W tym dniu było bardzo gorąco, zbliżała się godzina 8.00. a na termometrze było prawie plus 20 stopni. Usiadłem jeszcze na chwile, spaliłem papierosa i poszedłem do domu, gdzie nagle usłyszałem krzyk mamci: Gdzie ty byłeś wczoraj? W pracy- odpowiedziałem i poszedłem do pokoju. Nagle: Pół nocy!- rzekła: wtedy zamilkłem i zacząłem się ubierać. Ubrałem krótkie spodenki, koszulkę, klapki i poszedłem do kuchni zrobić kawę. Wziąłem kawę, papierosy i wyszedłem na powietrze, gdzie usiadłem na ławce aby wypić kawę. Po wypiciu kawy poczułem się lepiej. Poszedłem do garażu wyprowadziłem rower i byłem gotowy do jazdy .Kiedy siadałem na rower wyszła mamcia i rzekła: „Jak mnie zabraknie to zginiesz jak się nie uspokoisz!” Nie kracz – powiedziałem i pojechałem w kierunku sklepu. Do sklepu miałem 1- kilometr więc dojechałem szybko.

Kiedy dojechałem sklep był już czynny a za sklepem słychać było rozmowę ludzi. Byli to moi koledzy którzy popijali sobie winko. Włączyłem się w rozmowę i zapaliłem papierosa. Jeden z kumpli zapytał gdzie jadę, odpowiedziałem że do Rzewnówka (jest to mała wieś gdzie pomagałem robić ogrodzenie pewnej rodzinie). W taki upał będziesz pracował? – spytał jeden z nich. Nie, jadę im powiedzieć że w takie upały nie będę przyjeżdżał – odpowiedziałem i poszedłem do sklepu. Wszedłem do sklepu, ludzi nie było więc usiadłem na krześle i zacząłem rozmawiać ze sklepową, była to moja koleżanka Asia. W czasie rozmowy kupiłem papierosy i picie a po kilku minutach wyszedłem by jechać w dalszą drogę. Kiedy siadłem na rower jeden z kolegów zaproponował mi dotrzymać towarzystwa a więc ruszyliśmy w drogę we dwoje. Dojechaliśmy powoli do pierwszej miejscowości, zatrzymaliśmy się koło sklepu aby kupić coś do picia. W sklepie były trzy albo cztery osoby. Bez kolejki kupiłem dwa piwa i poszedłem za sklep, gdzie czekał na mnie kumpel. Z potem na czole usiadłem w cieniu by napić się piwa, które wypiłem duszkiem. Chwilę jeszcze posiedzieliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Po około 10min. byliśmy na miejscu, jednak do tej rodziny gdzie robiłem ogrodzenie poszedłem sam. Kolega czekał na mnie na początku wsi, powiedziałem mu że zaraz wracam tylko im powiem że w tą gorączkę nie będę pracował. Wjechałem na posesję gdzie robiłem fuchę a z mieszkania wyszedł gospodarz by się przywitać. Zaprosił mnie do mieszkania w którym to jego żona zaproponowała kawę. Odmawiałem mając na myśli swojego kolegę, który na mnie czeka ale ta Pani tak nalegała że zostałem na tej kawie.

Nie patrząc na zegarek upłynęło sporo czasu przy tej kawie i rozmowie. W czasie rozmowy ten Pan sam zaproponował aby w taką pogodę przerwać pracę, na co bardzo chętnie się zgodziłem. Na koniec rozmowy otrzymałem pieniądze za prace które zostały przez mnie zrobione i ustaliliśmy termin następnych prac. Przed wyjściem podziękowałem i wyruszyłem w drogę powrotną. Wracając kolegi już nie było, pojechał do domu nie czekając na mnie tak długo. Spotkałem go pod sklepem, gdzie wcześniej piliśmy piwo. Był na mnie zły ale po kilku minutach wszystko było w porządku. Poszedłem do sklepu kupiłem piwo dla mnie i dla niego, poszliśmy za sklep aby je wypić. Wypiłem dwa może trzy łyki i zrobiło mi się nie dobrze na żołądku. Poszedłem w pobliskie krzaki gdzie zebrało mnie na wymioty. Po chwili żołądek miałem już pusty i poczułem ulgę. Resztę mojego piwa wypił kolega a ja mu dotrzymywałem towarzystwa. Kiedy wypił piwo, pojechaliśmy do naszego sklepu tam wypiłem oranżadę i poszedłem za sklep gdzie byli moi koledzy. Upał był nie do zniesienia, zbliżała się godz.13.00 ponieważ u nas w sklepie nie było wódki zaproponowałem koledze aby jechał ze mną do sąsiadującej wsi. Bez dłuższego namysłu usiedliśmy na rowery i ruszyliśmy w drogę. Kiedy dojechaliśmy koło sklepu było wielu znajomych, którzy sobie pili piwo i grali w szachy. Kupiłem piwo i przysiadłem się do tych którzy grali w szachy z myślą że będę mógł zagrać. Zagrałem dwa razy i padło hasło „Jedziemy nad jezioro wykąpać się” po krótkiej naradzie, poszliśmy do sklepu zrobić zakupy na ognisko które wcześniej było w planie.

Nad jezioro pojechaliśmy małą grupą osób około godz.14.00. Po przybyciu na miejsce rozebrałem się do kąpielówek i wszedłem do wody. Po kilku nurkach wyszedłem na brzeg, usiadłem na ręczniku i paliłem papierosa patrząc jak inni bawią się w wodzie. Kąpielisko nad którym byłem jest niestrzeżone, była tam dawniej kopalnia wapna. Był taki upał że postanowiłem wskoczyć do wody, wziąłem rozbieg i skoczyłem na głowę. Popłynąłem wzdłuż jeziora około dwustu metru, czułem już zmęczenie więc zawróciłem w stronę brzegu. W drodze powrotnej napotkałem grupę młodzieży która płynęła pontonem, namawiali mnie abym wsiadł do nich oni też płynęli do brzegu. Mimo dużego zmęczenia postanowiłem dopłynąć sam. Dotarłem resztkami sił i wyszedłem z wody brudząc sobie nogi w torfie. Był to chyba mój pierwszy w życiu taki dystans jaki przepłynąłem w tak krótkim czasie, z czego moi koledzy byli bardzo zdziwieni. Położyłem się na ręczniku i odpoczywałem ciężko oddychając, po około 10 min. wstałem i zapaliłem papierosa. Jeden z moich kolegów przygotowywał ognisko do rozpalenia, mieliśmy piec kiełbaski i pić piwo. Miałem brudne nogi od torfu, które ubrudziłem podczas wychodzenia z wody. Stojąc nieco dalej od wody wziąłem rozbieg, odbijając się od brzegu skoczyłem na główkę. Był to mój ostatni skok w życiu.

Część druga – leczenie

Skok mój był tak silny że uderzając głową w wodę, straciłem przytomność. Nie wiem co się działo ze mną pod wodą i ile czasu tam przebywałem. Wypłynąłem na powierzchnie twarzą do lustra wody, usłyszałem głosy ludzi ale nie mogłem nic powiedzieć. Jeden z moich kolegów krzyczał: On udaje! i się śmiał, ja natomiast w żaden sposób nie mogłem dać znać że się topie. Nie mogłem nawet poruszyć głową i zacząłem nabierać wodę w usta. Po chwili jeden ze znajomych wskoczył do wody i przypłynął do mnie, widząc że się nie ruszam obrócił mnie na plecy. Wołał o pomoc innych, ja wyplułem wodę i powiedziałem do kolegi: Nie czuję rąk i nóg, połamałem chyba kręgosłup! On odrzekł: Będzie wszystko dobrze! Z pomocą drugiego kolegi wyciągnęli mnie na brzeg i wezwali pogotowie. Zrobiła się zupełna cisza i ludzie zaczęli opuszczać kąpielisko. Przymnie był kolega z którym przyjechałem słońce grzało mocno więc po prosiłem aby mnie przykrył ręcznikiem. Ponownie straciłem przytomność.

Nie wiem ile to trwało ale kiedy otworzyłem oczy był przymnie lekarz i znajomy sanitariusz. Po krótkiej rozmowie z lekarzem założyli mi kołnierz ortopedyczny na szyję ponieważ miałem uszkodzone kręgi szyjne. Ze względu na takie uszkodzenie i złą drogę wezwano pogotowie lotnicze oraz straż pożarną celem zrobienia miejsca na wylądowanie helikoptera na pobliskim polu. Wszystko odbyło się bardzo szybko, po nie długim czasie śmigłowiec był na miejscu. Lekarze przykryli mnie folią podtrzymującą temperaturę ciała i zabrali do śmigłowca. Tam podłączyli mi kroplówkę oraz tlen i odlecieliśmy do szpitala w Szczecinie. Około godz. 17.00 byliśmy na miejscu.

Po przylocie do szpitala przewieziono mnie na oddział neurochirurgii gdzie odbyła się konsultacja z lekarzami. Pierwsze słowa jakie usłyszałem były: Czy pił pan alkohol? odpowiedziałem – Tak piłem piwo! Podeszła do mnie pielęgniarka i pobrała krew na zawartość alkoholu. Wynik badania nie wykazał alkoholu we krwi co pozwoliło lekarzom na natychmiastowe przystąpienie do operacji. Podszedł do mnie lekarz prowadzący z dokumentacją i zapytał: Zgadza się pan na operację? Nie zastanawiając się powiedziałem: „Proszę robić wszystko bym poczuł się lepiej”. Byłem nieco zaniepokojony całą tą atmosferą jaka panowała wokół mojej osoby. Kiedy pielęgniarka dała mi zastrzyk tzw. głupiego Jasia, zamknąłem oczy i usnąłem. Nie wiem jak długo trwała operacja i nikogo o to nie pytałem. Usłyszałem głos ludzi którzy mówili abym otworzył oczy i się obudził. Chciało mi się bardzo spać ale otworzyłem oczy a koło mnie stali lekarze, oznajmiając że już po operacji. Byłem na sali pooperacyjnej gdzie leżało troje innych pacjentów. Po nie długim czasie przyszła do mnie moja siostra z mężem, była bardzo roztrzęsiona moim widokiem. Po mimo iż chciało mi się spać, stanęły mi łzy w oczach i spytałem jej: Co teraz ze mną będzie? Widziałem jak wymusza uśmiech mówiąc: Wszystko będzie dobrze! Spytałem ją która jest godzina było, już po 21.00 a za oknem jeszcze widno. Siostra usiadła koło mnie i wypytywała jak i gdzie to się stało, opowiedziałem jej wszystko. W tym samym czasie mąż siostry poszedł do lekarza który mnie operował, dowiedzieć się jak przebiegła moja operacja i jakie są rokowania na dalsze moje życie. Kiedy wrócił oznajmił że będzie wszystko dobrze i trzeba być dobrej myśli. Zbliżała się godz. 22.00 siostra powiedziała mi że muszą iść i że przyjdzie jutro. Kiedy wyszli przez chwile jeszcze patrzyłem w sufit i nie mogąc się poruszyć usnąłem. Obudziłem się w nocy na sali wszyscy spali jedynie słyszałem monitor do którego byłem podłączony, bardzo chciało mi się pić i strasznie bolała mnie głowa. Nie mogąc się poruszyć próbowałem obudzić pacjenta który leżał obok, niestety ale miałem zbyt mało siły aby głośniej cokolwiek powiedzieć. Leżałem tak do wczesnego rana kiedy to weszła na sale pielęgniarka wówczas poprosiłem o tabletkę i podała mi pić. Poczułem ulgę zaspakajając pragnienie jakie mi towarzyszyło dłuższy czas, leżałem patrząc w sufit i rozmyślałem kiedy wstanę aby iść do domu.

Kolejny dzień zapowiadał się upalny, dostrzegłem w lusterku jak wcześnie słońce zaświeciło i zrobiło się jasno. Do sali weszły dwie pielęgniarki i robiły toaletę poranną a na sali zaczęło tętnić normalnym życiem. Po śniadaniu nie co skąpym oczekiwaliśmy na wizytę lekarzy, byłem lekko zaniepokojony myślą co powiedzą mi lekarze o moim stanie zdrowia. Wizyta przebiegała bardzo powoli, od łóżka do łóżka aż doszli do mnie byłem ostatnim pacjentem na tej sali. Ordynator spytał się mnie jak się czuje, odpowiedziałem że dobrze i słuchałem rozmów jakie kontynuowali między sobą. Przed odejściem jeden z lekarzy powiedział mi, że czeka mnie długa rehabilitacja i obym był dobrej myśli a będzie wszystko dobrze. Te słowa bardzo mnie uspokoiły, choć dały wiele do myślenia z powagi tego jaką wyrządziłem sobie krzywdę i ile czeka mnie pracy tej fizycznej jak i psychicznej. Zaraz po wizycie zjawiła się moja siostra z dziećmi, bardzo się ucieszyłem na ich widok. Usiedli przy moim łóżku i zaczęliśmy rozmawiać i żartować. W pewnym momencie zacząłem się dusić, nie mogąc odkaszlnąć się siostra zawołała pielęgniarkę. Nie mogłem odkrztusić wydzieliny która zebrała się w gardle, ale po szybkiej interwencji pielęgniarek mogłem dalej swobodnie oddychać. Goście moi weszli na salę ponownie, siostra była nieco przestraszona ale z wymuszonym uśmiechem zaczęliśmy rozmowę kontynuować dalej. Czas leciał szybko nie wiadomo kiedy a tu pora obiadowa. Po obiedzie siostra z dziećmi poszła do domu, zapewniając mnie że przyjdzie na kolację. Po ich wyjściu leżałem i rozmyślałem nie o tym co mi się stało, lecz o bliskich mi osobach których tak bardzo mi brakowało. Myślałem o mojej siostrze która jako pierwsza zainteresowała się moją osobą i z którą tak naprawdę nie utrzymywałem kontaktu. W tym dniu stała się dla mnie najbliższą osobą, która mnie wspierała od pierwszych chwil mojego pobytu w szpitalu. Na sali było dosyć głośno od rozmów leżących tu pacjentów, tylko ja leżałem cicho i z dużą nieśmiałością odpowiadałem na pytania zadawane przez kolegę leżącego obok mnie, który leżał tu najdłużej. Na kolację zjawiła się zgodnie z obietnicą Beata tak ma na imię moja siostra która mieszka w Szczecinie i miała blisko do szpitala, dlatego też to nie sprawiało jej żadnych problemów z odwiedzaniem mnie. Nakarmiła mnie na kolację, umyła twarz i zęby i do godz. 21.00 rozmawialiśmy o różnych rzeczach. Kiedy wychodziła powiedziała że przyjdzie jutro po wizycie, kiwnąłem głową ok! i wyszła. Byłem zmęczony i śpiący, poprosiłem pielęgniarki aby ułożyły mnie do spania, długo nie leżąc usnąłem bardzo szybko.

Spałem całą noc, kiedy się obudziłem było już widno i głośno za drzwiami. Wiedziałem już że to personel robi toaletę poranną w sali obok. Zapowiadał się kolejny upalny dzień. Była sobota trzeci dzień mojego pobytu w szpitalu, siostra przyszła do mnie nie co później i oznajmiła mi że w niedzielę będę miał gości. Zapytałem ją kto do mnie przyjedzie, ona jednak nie chciała mi powiedzieć to miała być niespodzianka. Ten dzień bardzo się dłużył, cały czas myślałem o niedzieli i kto do mnie przyjedzie. Nadszedł w końcu wieczór, myśląc że szybko usnę zamknąłem oczy i leżałem. Niestety nie spałem prawie całą noc, rozmyślając kto przyjedzie do mnie jutro i co to będzie za niespodzianka o której mówiła siostra. W końcu zaczęło świtać i pokazało się słonko, a na sali były słychać tylko pochrapywanie pacjentów. Tak jak co dzień przyszedł czas toalety porannej, później śniadanie i oczekiwanie na wizytę lekarzy. Po wizycie na sale weszła moja mamcia, dwie siostry z dziećmi i brat. Podchodząc do mnie mamcia powiedziała: I co? i zaczęła płakać. Nie wydusiłem z siebie żadnego słowa, zacisnąłem oczy i poleciały mi łzy, wówczas zrozumiałem jak ważna jest dla mnie rodzina a przed wszystkim mamcia która w dniu mojego wypadku ostrzegała mnie, że źle kiedyś skończę. Siostra wytarła mi oczy i zaczęliśmy rozmawiać, mamcia siedziała przy łóżku nie odzywając się tylko kiwała głową. Jednak to nie byli wszyscy goście, po około pół godziny weszła na sale rzesza ludzi, była ta moja kolejna siostra, drugi brat a za nimi mój kierownik z pracy i moi koledzy. Był to dla mnie szok, kiedy ich zobaczyłem po raz kolejny poleciały mi łzy. Po krótkiej rozmowie musieli wyjść z sali ponieważ było ich za dużo, a leżałem na sali pooperacyjnej. Czas mijał nieubłaganie kiedy to weszła pani z obiadem, siostra nakarmiła mnie i zrobiła kawę. Zbliżała się godzina 16.00 goście zaczęli się zbierać do wyjścia a siostra powiedziała mi że już dzisiaj nie przyjdzie.

Po ich wyjściu leżałem z zamkniętymi oczami rozmyślając co to będzie ze mną dalej, przypominając sobie słowa mamci w dniu kiedy skoczyłem do wody. Zacząłem zadawać sobie pytanie: Dlaczego jej nie posłuchałem w tym dniu? Dzisiaj odpowiedź znam otóż koledzy i alkohol były na pierwszym miejscu. Leżąc tak uświadomiłem sobie jak ważna jest rodzina w moim życiu, tylko dlaczego tak późno i w takich okolicznościach. Dni w szpitalu biegły bardzo szybko, minął tydzień zaczęła się rehabilitacja która dawała mi większą wiarę w siebie i nadzieje że wkrótce opuszczę szpital.

Marian z Arcybiskupem DzięgąW czwartym tygodniu pobytu w szpitalu na porannej wizycie ordynator oznajmił mi że pora szykować się do wyjścia. Mieli mnie przetransportować do ośrodka rehabilitacji w Choszcznie. Kiedy przyszła siostra w odwiedziny o wszystkim jej powiedziałem. Dwa dni później po wizycie przyszedł do mnie pan mgr. rehabilitacji i powiedział mojej siostrze że chce jej pokazać jaką metodę stosować u mnie jak nie będę mógł odkrztusić zalegania. To był mój największy problem. W trakcie demonstracji tej metody doszło do zatrzymania akcji serca i straciłem kontakt ze światem. Moi drodzy czytając dalej moją historię nie pomyślcie, że to fikcja bądź wymyślona bajka, otóż jest to prawdziwa historia jaką przeżyłem idąc na drugi świat.

Część trzecia – cudowny powrót od życia

Z realnego świata gdzie widziałem i słyszałem żywych ludzi, nagle znalazłem się w ogromnym tunelu. Była wielka mgła w postaci chmur i droga na której stałem była oświetlona srebrnymi lampami. Byłem sam, ubrany w białą szatę zacząłem bardzo wolnym krokiem iść tą drogą w zupełnej ciszy. Szedłem tą drogą boso nie dotykając jej stopami a rękami próbowałem dotykać lamp które stały w pobliżu. Ponieważ nie miałem do kogo się odezwać, szedłem i głośno liczyłem te lampy z myślą, że ktoś mnie usłyszy. Jednak cały czas była cisza. Po mimo że szedłem bardzo powoli to się szybko męczyłem i bardzo często stawałem by odpocząć. Była to droga bez powrotu, chcąc odwrócić głowę do tyłu aby zobaczyć co się dzieje za mną, nie mogłem się odwrócić bo tuż za moimi plecami robiła się ciemność która mi na to nie pozwalała. Przy każdym postoju powtarzałem sobie ostatnią liczbę liczonych lamp, które stały przy drodze w ten sposób pamiętałem liczbę kolejnej lampy. Nie wiem do dnia dzisiejszego, jakie znaczenie miało liczenie tych lamp z taką uwagą, aby się nie pomylić. Szedłem bardzo długo nic się nie zmieniało, nikogo nie widziałem prócz tych lamp, jednakże w głębi duszy czułem że ktoś mnie prowadzi i każe iść do przodu. W pewnej chwili zauważyłem że droga się rozszerza i coraz mocniej świecą lampy. Zrobiła się gęsta mgła. Kiedy przeszedłem przez tą mgłę ujrzałem najpiękniejszy widok w moim życiu. Ujrzałem potężną bramę (wrota) cała ze srebra, z boku stały dwie latarnie z których wydobywały się płomienie a nad bramą widniała przepiękna kolorowa tęcza. Stałem przed tą bramą dosyć długo słysząc kogoś głos: ,,Idź”. Aby iść dalej musiałem przejść przez tą bramę, innej drogi nie było a więc zbliżyłem się do tej bramy, złapałem za dużą klamkę. Nie miałem siły aby otworzyć tą bramę a po chwili nastała ciemność. Usłyszałem ludzkie głosy i hałas jakiejś maszyny. Kiedy otworzyłem oczy zobaczyłem lekarza coś mówiącego do mnie, lecz nic nie rozumiałem. Nie mogłem wypowiedzieć żadnego słowa, ponieważ miałem w buzi rurkę do której podłączony był respirator a w nosie sondę. Nie wiedziałem co się dzieje ze mną i gdzie się znajduje. Byłem w złym stanie zdrowotnym i zaczęła się walka o życie. Moja ucieczka przed śmiercią trwała długo. Przeżywając różne koszmary i będąc w stanie agonalnym, przeszedłem długą drogę aby znaleźć się w świecie ludzi żywych. Po długiej męczarni i cierpieniu otworzyłem oczy, mój stan zaczął się poprawiać i odłączono mi respirator i sondę. Z dnia na dzień było coraz lepiej, zacząłem rozpoznawać ludzi i nawiązywać kontakty. Zauważyłem stojącą na mojej szafce figurkę Matki Boskiej, zapytałem siostrę skąd się tu znalazła opowiedziała mi że, jest to figurka przywieziona z Sanktuarium Maryjnego w Licheniu. W tej figurce była woda zaczerpnięta ze źródełka. Tą też wodą co dzień kiedy przychodziła, zwilżała mi suche usta i przemywała twarz. Kiedy opuściłem oddział intensywnej opieki medycznej, będąc już na sali chorych spytałem pielęgniarkę o tą figurkę ale po przeszukaniu moich rzeczy nie znalazła jej musiała zostać na OIOM. Kiedy przyszła moja siostra po prosiłem ją aby zeszła na ten oddział aby przyniosła tą figurkę. Niestety ślad po owej figurce zaginął. Nigdy nie wierzyłem w żadne cuda, tym razem miałem wiele do myślenia. Jestem wśród żywych bo miałem tak silny organizm? Czy dzięki cudownej mocy wody ze źródełka Sanktuarium Licheńskiego którą to siostra nawilżała mi usta i przemywała twarz? Rokowania lekarzy na moje przeżycie były złe, dlatego dzisiaj wieżę że była to łaska uzdrowienia tej cudownej wody. W szpitalu leżałem jeszcze chyba tydzień i zostałem przetransportowany na rehabilitację w Choszcznie.

Część czwarta – koniec pobytu w szpitalu

Na rehabilitację jechaliśmy karetką, ja i mój kolega z sali pooperacyjnej. Był to 17- letni chłopak który tak jak ja, skoczył do wody na główkę i tak samo był sparaliżowany. W trakcie transportu humory nam dopisywały, żartowaliśmy i rozmawialiśmy jak by nic nam nie dolegało. RehabilitacjaPo około dwóch godzinach byliśmy na miejscu a podczas przyjęcia na oddział nasze nastroje się zmieniły, zrobiło się nieco poważniej i odczuwałem lekki strach. Po wstępnych badaniach trafiłem na sale chorych sześcioosobową, niestety ale mój kolega trafił lepiej bo na dwuosobową. Na sali byłem najmłodszy i w najgorszym stanie fizycznym, pozostała piątka byli to ludzie chodzący. Na rehabilitację przyjechaliśmy w piątek, także weekend był długi, nudny i nie było żadnych ćwiczeń. W niedzielę miałem gości przyjechała do mnie siostra z mężem ich wizyta podniosła mnie trochę na duchu i poczułem się lepiej. Kolejny dzień wyglądał całkowicie inaczej, od samego rana hałas i ruch jak w ,,Rzymie” toaleta poranna, śniadanie i obchód lekarzy. Po obchodzie przyszły panie pielęgniarki ubrać mnie na ćwiczenia. Po ponad miesiącu leżenia w łóżku pierwszy raz zostałem ubrany i posadzony na wózku inwalidzkim. Siedzenie było bardzo krótkie ponieważ miałem tzw. „odlot” czyli zrobiło mi się słabo, w głowie zaczęło się kręcić i mdlałem. Byłem sadzany kilkakrotnie aż w końcu przetrzymałem swoją słabość. Jeszcze troszeczkę kręciło mi się w głowie ale zostałem przewieziony na dużą salę gdzie ćwiczyło dużo ludzi, z różnymi schorzeniami. Na sali przy jednym stoliku siedziało dwóch lekarzy oraz mgr. rehabilitacji, do tegoż to stolika zostałem przywieziony, gdzie po wstępnym przywitaniu się przeszedłem badania i zostały ustalone zabiegi rehabilitacyjne. Po tych badaniach zaczęła się prawdziwa i intensywna praca. W tym samym dniu razem z moim kolegą, zostaliśmy przeniesieni do sali trzyosobowej. Było nudno nie mieliśmy telewizora ani radia, jedynie tylko rozmawialiśmy o naszych planach, co będziemy robić kiedy wrócimy do domu. Chłopak z którym leżałem miał dopiero 17 – lat, skoczył do wody w podobny sposób jak ja lecz uszkodził kręgi szyjne niżej i mógł co nie co ruszać rękami ale nie ruszał palcami, także nic nie mógł wziąć do ręki. Trzecią osobą na sali był pan w średnim wieku, po wylewie ale po mimo tego że nie mógł mówić, dobrze nas rozumiał i chętnie służył nam pomocą . Następnego dnia zabrali nas na salę gdzie odbywały się ćwiczenia. Z nami pracowali technicy rehabilitacji, którzy ćwiczyli nas biernie. W tym dniu po raz pierwszy od ponad miesiąca, postawili mnie na nogi za pomocą pionizatora, co prawda było bardzo ciężko, ponieważ miałem odloty ale stopniowo co kilka minut wyżej aż w końcu stałem prosto na nogach. Było to wielkie dla mnie przeżycie, zobaczyć wszystkich na stojąco i większa nadzieja że już nie długo zacznę chodzić, bardzo mnie to zmotywowało do większej pracy nad moją osobą, do tego stopnia że salę opuszczałem ostatni, aby jak naj mniej przebywać w łóżku. Pod koniec tygodnia dołączył do nas osiemnastoletni chłopak, również po skoku do wody.Rehabilitacja Był w takim samym stanie, jak ten kolega z którym mieszkałem w jednej sali. Było nas już czterech na sali, troszkę ciasno ale nam to nie przeszkadzało. W niedzielę siostra przywiozła mi telewizor co sprawiło nam dużą radość, w końcu trochę cywilizacji nastąpiło w tej sali. Chłopak który do nas dołączył miał we wrześniu rozpocząć studia w Szczecinie, był kompletnie załamany. Było mi go żal, kiedy opowiadał o swoich planach które w tak bezmyślny sposób przekreślił. Minął kolejny tydzień a atmosfera w naszej sali stała się taka, jak byśmy byli kompletnie zdrowi. Z ponurej, cichej sali stała się najgorszą – narzekał personel. Kiedy wyszedł „pilot” tak nazywaliśmy pana który był z nami na sali, był to człowiek chodzący i to on przełączał nam kanały w telewizorze, zrobił się problem kto będzie teraz operował pilotem. Niestety jeszcze dodatkowa czynność spadła na personel (nie były zadowolone z częstego wołania, dlatego ograniczyliśmy sobie przełączania tv.) Po dwóch tygodniach pobytu otrzymałem wózek inwalidzki, który był robiony na specjalne zamówienie. Kiedy usłyszałem od Pani doktor że ten wózek ma służyć mi na długi okres, troszeczkę się załamałem. Miałem lekkiego ,,doła’’ do końca tygodnia, leżałem tylko w łóżku myśląc co będzie ze mną dalej. W ostatnim tygodniu pobytu, pozbierałem się zacząłem ćwiczyć i normalnie żyć. Zbliżał się dzień wyjścia, wieczorem koledzy ochrzcili mój wózek, nazywając go ,,mercedes’’ był to najdłuższy wieczór z całego mojego pobytu na oddziale rehabilitacji. Na drugi dzień nadszedł czas wyjazdu do domu, z jednej strony poczułem smutek i pustkę w sobie, z drugiej zaś nie mogłem się doczekać kiedy będę w domu po tak długiej nieobecności. Kiedy pożegnałem się ze wszystkimi na oddziale, przyszli sanitariusze zabrali mnie do karetki i ruszyliśmy w kierunku mojego miejsca zamieszkania.

Część piąta – jak trafiłem do DPS w Śniatowie

Podróż do domu trwała ponad dwie godziny, w czasie jazdy myślałem tylko kto będzie w domu i jak potoczą się dalsze moje losy. Kto będzie się mną zajmował- jak ja potrzebuję opieki całodobowej, a mieszkam z mamcią i dwoma braćmi którzy pracują. Kiedy dojechaliśmy na miejsce w domu zastałem mamcie i dwie siostry, które mnie rozpakowały. Po krótkie rozmowie i wypiciu kawy, chciałem odpocząć, zamknąłem oczy z myślą że się troszkę zdrzemnę – ale nie mogłem usnąć, leżąc w zupełnej ciszy byłem myślami na oddziale rehabilitacji. Czułem się bardzo dziwnie, sam w pokoju, cisza- tylko od czasu do czasu pies za oknem zaszczekał. Po ponad godzinie przyszła Kamila (tak na imię ma druga moja siostra) spytała czy będę coś jadł i włączyła mi telewizor. Kiedy zjadłem zaczęliśmy rozmowę o moim pobycie w szpitalu i na rehabilitacji, w trakcie rozmowy spytałem ją kto będzie się mną zajmował i jak to dalej będzie, wtedy mi powiedziała: Damy sobie rady! Ona nie pracowała ale miała na wychowaniu czwórkę dzieci w tym jedno sześciomiesięczne a teraz jeszcze doszedłem ja, duże niemowlę albo jeszcze gorzej. Siostra mieszkała w tym samym budynku co ja, dzieliła nas ściana i to ona wzięła całą opiekę nade mną, mamcia z racji swojego wieku i choroby pomagała w lżejszych pracach a brat pomagał po pracy. Pierwsze dni były dla mnie ciężkie, nie mogłem się odnaleźć i przyzwyczaić do tej ciszy jaka panowała w domu tylko grało radio bądź telewizor. Brakowało mi tego klimatu szpitalnego gdzie przebywałem z tyloma ludźmi a każdy dzień był inny i zawsze coś się działo. Dni w domu bardzo się dłużyły, tym bardziej że była to jesień i wieczory z dnia na dzień stawały się coraz dłuższe, ponure i chłodne. Koledzy odwiedzali mnie sporadycznie i to tylko w weekendy, ale z każdej wizyty byłem zadowolony. Każda taka wizyta znajomych wpływała na mnie pozytywnie, to wtedy mogłem powspominać te dobre i te złe chwile z przeszłości a zarazem rozmowa z drugim człowiekiem, była dla mnie jak lekarstwo. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia w domu zaczął się większy ruch, hałas i sprzątanie. Dzieci siostry miały już wolne od szkoły, także mogły więcej ze mną przebywać, rozmawiać a czasami rozrabiać ze swoim ośmiomiesięcznym braciszkiem. Coraz bliżej świąt a ja stałem się jakiś nie swój, bardzo zaniepokojony tym jak to wszystko będzie wyglądać w wigilię, kto będzie owego wieczoru i jaka będzie reakcja rodziny co do mojej osoby. Nadszedł dzień Wigilii, przyszła Kamila ubrała mnie i z pomocą brata posadzili mnie na wózek i zaprowadzili do pokoju gdzie odbywała się kolacja wigilijna. Przy stole siedziało już prawie całe moje rodzeństwo z mamcią i dzieci które nie mogły się doczekać prezentów. Kiedy wjechałem do pokoju przez moment zrobiła się cisza a ja nie mogłem wydobyć z siebie słowa, ale po chwili wydusiłem drżącym głosem: Dobry wieczór wszystkim!!! To po tych słowach wszyscy zaczęli rozmawiać, nie zwracając szczególną uwagę na moją osobę jako niepełnosprawny. Wszyscy zaczęli dzielić się opłatkiem, składać życzenia a kiedy podchodzili do mnie, nie wiedziałem co powiedzieć tylko wszystkim powtarzałem ,,nawzajem’’ zrobiło mi się przykro że nie mogę wstać i chociażby podać ręki. Nie słuchałem nawet kto co mi życzył, ponieważ jeden ze szwagrów życzył mi obym, jak najszybciej wstał z wózka a ja mu na to ,,nawzajem’’ co usłyszała moja siostra i tym rozbawiłem całą rodzinę. Teraz już wiem żeby słuchać dokładnie, tego co się do mnie mówi. Siedząc przy stole mało co się odzywałam, raczej odpowiadałem krótko na zadawane mi pytania, nie wiele też jadłem chyba nawet poszedłem spać głodny. Kiedy siostra rozdała prezenty chwilę jeszcze posiedziałem i poprosiłem aby mnie położyli do łóżka, namawiali mnie abym jeszcze posiedział ale po chwili leżałem już w pokoju patrząc w telewizor. Nie byłem skupiony na oglądaniu telewizji, myślami cały czas byłem gdzie indziej a miałem taki mętlik w głowie że spać poszedłem wcześniej. Święta zniosłem ciężko, byłem nie swój, jakiś inny, smutny aczkolwiek cieszyłem się że kolejne święta spędziłem z rodziną, jednak że nie mogłem tego okazać na zewnątrz. Sylwestra i Nowy Rok tradycyjnie spędziłem u brata z racji jego imienin i urodzin. W tym dniu pamiętam jak dziś, mój dziewięciomiesięczny siostrzeniec Filipek zrobił pierwsze kroki, bez niczyjej pomocy to był dla nas szok. Na czworaka podszedł do telewizora a z powrotem wstał i przyszedł do nas na nóżkach a dokładnie do siostry. Od tamtej pory stał się jeszcze większym rozrabiaką a dla siostry większym kłopotem. Było mi troszkę przykro, ponieważ było to pierwsze dziecko mojego rodzeństwa którego nie mogłem wziąć na ręce i przytulić co czynili inni członkowie mojej rodziny. Zbliżał się czas wiosny a ja się rozchorowałem, dopadła mnie bardzo wysoka gorączko i źle się czułem nie mogąc przy tym nic jeść, pani doktor podejrzewała że to grypa. Leczenie domowe okazało się nie skuteczne, po dwóch tygodniach gorączka nadal się utrzymywała a samopoczucie było bez zmian. Wylądowałem w szpitalu i po zrobieniu wszystkich badań, stwierdzono kamice lewej nerki. Po podaniu odpowiednich leków złogi w owej nerce zaczęły znikać a gorączka się ustabilizowała. Minął tydzień i czułem się już dobrze a po obiedzie w odwiedziny przyjechała do mnie siostra. W czasie rozmowy powiedziała mi o Ośrodku opiekuńczo – pielęgnacyjnym w Goleniowie, w którym to miałbym przebywać trzy miesiące. Nie zaprzeczałem tylko przytaknąłem że tak, chociażby ze względu na rehabilitację i opiekę całodobową. W następnym tygodniu znalazłem się w owym ośrodku, gdzie zamieszkałem w sali czteroosobowej ale byłem tam sam, dopiero na drugi dzień przywieźli starszego Pana po wylewie. Długo w tej sali nie byłem zaraz lekarz przeniósł mnie do sali gdzie byli pacjenci chodzący i miałem możliwość oglądania telewizji. Przez cały pobyt w tym zakładzie byłem może trzy razy na wózku, nie chciałem wstawać było jeszcze chłodno po za tym rehabilitacja odbywała się w łóżku, zaraz był obiad a po posiłku miałem lenia. Na sali zawsze było cicho i spokojnie, po za jednym był Pan który co noc, o godz. 00.00 słuchał ,,Hymnu Polskiego’’ tak głośno że mnie budził – to mnie denerwowało ale nie było na to rady. Czas w tym zakładzie minął bardzo szybko i pomimo gorszych czy lepszych dni wspominam ten pobyt dobrze. Zbliżał się czas wakacji, pogoda była wymarzona wręcz upały wtedy większość czasu spędzałem na powietrzu, leżąc na kocu pod parasolem. To za namową siostry Kamili wychodziłem na podwórko, to ona sama mnie ubierała, sadzała na wózek i wywoziła na powietrze. Nastały wakacje wtedy większość czasu spędzałem z dziećmi siostry, które zarazem dużo pomagały jej w opiece nad moją osobą. Dużą radość sprawiało mi kiedy przyjeżdżała moja najmłodsza siostra Agata z mężem i dziećmi, oczywiście wtedy bez piwa i wygłupów się nie obeszło. Mam liczne rodzeństwo bo cztery siostry i trzech braci, dlatego w okresie letnim bywało tak że co dzień ktoś u mnie był, a nie kiedy że zjeżdżali się wszyscy i to wtedy sprawiało mi największą radość a smutek jak odjeżdżali. Przyszedł czas wyjazdu na rehabilitację do Gryfic, wieczorem siostra spakowała mnie ponieważ z samego rana miała przyjechać po mnie karetka. Noc nie przespałem myśląc jak tam będzie i co będę robił. Na drugi dzień byłem na oddziale rehabilitacji, zaraz po badaniach trafiłem na ośmioosobową sale, gdzie większość byli to młodzi ludzie. Czułem się nie co skrępowany, nic się nie odzywając patrzyłem co robią inni a po chwili zostałem zabrany na zabiegi. Na oddziale było dużo ludzi i hałas, co zaraz przypomniało mi rehabilitację w Choszcznie. Wieczorem atmosfera stała się bardziej towarzyska, zaczęliśmy opowiadać o sobie i co komu się stało, rozmowy trwały do późnej nocy. Po tygodniu trafił na naszą salę chłopak w moim wieku, poruszał się o kulach i pochodził z okolic Pyrzyc. Po obiedzie podszedł do mojego łóżka, przedstawił się i zapytał dyskretnie co mi się stało, długo nie myśląc opowiedziałem mu swoją historię z wypadku. Kiedy skończyłem powiedział mi że był w takim samym stanie jak ja, był sparaliżowany od ramion w dół z tym że on spadł z drzewa. Trzy lata tak leżał bez ruchu, aż w końcu ruszył rękoma a pół roku później nogami. Długo uczył się chodzić – wspominał z uśmiechem, kiedy to nie jednokrotnie się przewrócił. Po tej rozmowie podniosło mnie to jeszcze bardziej na duchu. Jeszcze nie minął rok od mojego skoku, tak że wszystko jest przed mną – pomyślałem. Kolejne dni większość czasu spędzałem na rozmowach ze Zbyszkiem tak miał na imię poznany kolega. Rehabilitacja trwała trzy tygodnie, zleciało szybko i nadszedł czas wyjazdu do domu. Niestety kolejne rozstanie z nowo poznanymi kolegami, było smutne aczkolwiek wszyscy mnie pocieszali słowami: Trzymaj się! Wszystko będzie dobrze! – podchodząc do mnie podawali rękę na pożegnanie. Po godzinie byłem już w domu, na przysłowiowych starych śmieciach, było tak ciepło że resztę dnia spędziłem na powietrzu. Pod koniec wakacji miałem wyjazd do Zakładu Opiekuńczo – Pielęgnacyjnego w Świnoujściu, nie wiadomo kiedy i jak a tu trzeba się pakować i w drogę. W tym zakładzie przeżyłem horror, widząc w jakich warunkach żyją tu pacjenci. Zamieszkałem w sali trzyosobowej tak małej że nie mogłem wjechać wózkiem a sanitariusze wnieśli mnie do łóżka na rękach. W sali byli dwaj chodzący starsi panowie, nieco rozweseleni od których czuć było alkohol przy czym bardzo byli zaciekawieni moją osobą. Nie chcąc z nimi rozmawiać powiedziałem że jestem zmęczony podróżą i chciałbym odpocząć, panowie zrozumieli co do nich powiedziałem i przestali mnie przesłuchiwać a jeden z nich usnął. Bardzo nie przyjemny zapach, ciasnota, brudna sala a w szczególności codzienne picie alkoholu przez tych panów, którzy się kłócili bez względu na porę dnia czy nocy bardzo mnie przeraziło. Poprosiłem p. kierowniczkę czy nie mogła by mnie przenieś do innej sali, pani odpowiedziała bardzo stanowczo z podniesionym głosem: Jeżeli się nie podoba to proszę zrezygnować z pobytu w naszym zakładzie!!! Na drugi dzień poprosiłem pielęgniarkę czy mógłbym skorzystać z telefonu, chciałem powiadomić rodzinę aby przyjechali po mnie ponieważ rezygnuję z tutejszego pobytu. Nie minęła jeszcze godzina jak zawitała do naszej sali, p. kierowniczka i oświadczyła mi że zrobiło się miejsce wolne w sali dwuosobowej, gdzie zostanę przeniesiony. Po chwili przyszedł personel i zabrali mnie na salę, która była czysta i większa od trzyosobowej a w łóżku leżał pan oglądający telewizor. Ten pan nie był rozmowny leżał cicho, oglądał tylko wiadomości a resztę dnia przesypiał budząc się tylko na posiłki. Wieczorami przychodził do mnie oglądać telewizję pacjent z sąsiedniej sali, który przebywał tam już trzeci miesiąc i to od niego dowiedziałem się o tym co to za zakład i jego pracownikach. W późniejszych dniach wszystkie jego opowieści się potwierdziły, personel był nie do zniesienia, brak rehabilitacji którą mi zapewniali, raz w tygodniu toaleta poranna (leżałem czasami dwa dni w brudnym pampersie) personel nie reagował na wezwania dzwonkiem a nie wspomnę ile się nacierpiałem leżąc na jednym boku i codziennie zjadając zimny posiłek.

DPS ŚniatowoTa bezduszność na oddziale doprowadziła mnie, w bardzo krótkim czasie do załamania psychicznego i na wskutek wysokiego ciśnienia tętniczego trafiłem do szpitala. Po nie całym tygodniu wróciłem z powrotem do tego zakładu. Myślałem że coś się zmieni po szpitalu, jednak nie wszystko było tak jak przed pójściem do szpitala. Nie wiem czy ten zakład jeszcze istnieje, ale apeluję do wszystkich czytających moją historię: Miejcie na uwadze ten zakład i przestrzegajcie innych, przed oddaniem kogokolwiek w ręce opieki tego zakładu. Po trzech miesiącach męczarni wróciłem w końcu do domu, wychudzony, załamany psychicznie bez żadnej nadziei na powrót do zdrowia. Po powrocie nie chciałem z nikim rozmawiać, zacząłem się buntować stosując głodówki, stałem się nerwowy i agresywny. Wpadałem często w furię złości i gniewu używając przy tym epitetów i inwektyw, wobec rodziny. Miałem pretensje do całego świata że nikt nie jest w stanie mi pomóc abym wstał i zaczął chodzić. Modliłem się codziennie do Boga, aby mnie zabrał do siebie myśląc tylko o śmierci. Nadszedł wyjazd na rehabilitację do Gryfic, nie chciałem jechać ale po namowie siostry pojechałem na trzy tygodnie. Po przyjeździe na oddział w złym stanie i wyglądzie nie odzywałem się do nikogo, to wzbudziło zainteresowanie lekarzy i zaraz na drugi dzień miałem wizytę u psychiatry. Opowiedziałem lekarzowi całą swoją historię, co mnie boli i o swoich myślach samobójczych. Jeszcze tego samego dnia podano mi jakieś psychotropy, po których chciało mi się spać i bardzo mnie uspokoiły. Z dnia na dzień coraz więcej rozmawiałem, niekiedy sepleniąc z czego miały ubaw drugie osoby. Trzy tygodnie minęły szybko i czas było zbierać się do domu, tymczasem dzień przed odjazdem przyszła pani ordynator po wizycie porannej i oznajmiła mi że mam pobyt przedłużony o tydzień. Byłem nie co zdziwiony tą wiadomością, ponieważ był to ponad limit jaki mi przysługiwał w danym roku na rehabilitację. Ale cóż uśmiechnąłem się i podziękowałem pani doktor, chociaż z drugiej strony czułem obojętność bo tak naprawdę chciałem już wracać do domu. Na oddziale nie było już dużo pacjentów, ponieważ zbliżały się Święta Bożego Narodzenia tak że była cisza i spokój. Po tygodniu przyjechałem do domu gdzie trwały przygotowania do świąt, chyba po raz pierwszy nie odczuwałem żadnych emocji co do zbliżającej się Wigilii. Całe święta przeleżałem w łóżku, zobojętniały chwilami nerwowy i dużo spałem po tych tabletkach. Po kolędzie zawitał do mnie ksiądz, po modlitwie i krótkiej rozmowie kiedy wyszedł, długo rozmyślałem nad swoją osobą, co się ze mną dzieje i jakie są perspektywy na dalsze moje życie. Na drugi dzień wbrew zaleceniom lekarza, odstawiłem psychotropy z myślą że poradzę sobie bez tych tabletek i tak też się stało. Zacząłem patrzeć na świat inaczej, trudno było się pogodzić z kalectwem jakie sobie wyrządziłem, zresztą na własne życzenie ale trzeba żyć dalej- pomyślałem! To po wizycie księdza zacząłem się modlić, czego nie czyniłem wcześniej wręcz zapomniałem co to jest modlitwa i kościół. Codzienna modlitwa dawała mi większą wiarę w siebie i nadzieję, wbrew temu co powiedzieli lekarze że stanę kiedyś na nogi. Pewnego dnia przyjechała do mnie Pani doktor (lekarz domowy) zobaczyć jak się czuje i przy okazji wypisać recepty, to wtedy usłyszałem jak moja siostra skarżyła się do niej, jak boli ją kręgosłup i ma coraz mniej siły aby mnie dźwigać przy codziennej toalecie, obracaniu na boki czy sadzaniu. Z płaczem prosiła p. doktor o wypisanie tabletek przeciwbólowych, za razem pytając co ma dalej robić. Odpowiedź lekarki brzmiała że w takiej sytuacji, najlepszym rozwiązaniem będzie umieszczenie mnie w jakimś ośrodku bądź zakładzie.

Pałac w Śniatowie - obecnie DPS

Pałac w Śniatowie – obecnie DPS

Rozmowa trwała dosyć długo ale bez mojego udziału, ja leżałem i myślałem już o rozstaniu z domem. Wieczorem przyszedł do mnie brat, za chwilę siostra i mamcia z kolacją, podczas jedzenia wszcząłem awanturę a mianowicie miałem pretensje do brata, że mało pomaga Kamili i to przeze mnie płacze i prosi o receptę p. doktor bo wszystko ją boli. W trakcie tej awantury byłem w takim rozstroju nerwowym że wręcz wykrzyczałem aby mnie oddali do jakiegoś zakładu i kazałem wszystkim wyjść. Wszyscy wyszli, zostałem sam próbując swoje emocje zagasić oglądając telewizor, niestety ale nie mogłem się skupić na oglądaniu. Po ponad godzinie przyszła siostra i zapytała czy ułożyć mnie do spania, kiwnąłem głową że tak a kiedy wychodziła powiedziałem: Jak zrobicie tak będzie, ja nie będę waszą kulą u nogi!!! W nocy się budziłem nie mogłem spać, miałem mętlik w głowie rozmyślając co będzie ze mną dalej. Na drugi dzień zaraz po śniadaniu zawitały do mnie dwie Panie, uśmiechnięte przedstawiły się że są z Ośrodka Pomocy Społecznej i zapytały o zdrowie, po czym w obecności mamci i siostry zaczęły rozmawiać o Domu Pomocy Społecznej. Naprawdę nie wiedziałem co to jest DPS a więc zapytałem co to jest i w jakiej miejscowości to się znajduje, kiedy usłyszałem że w Śniatowie od razu odpowiedziałem: Ale tam jest Dom Starców!!! Panie wytłumaczyły mi że teraz jest tam DPS i przebywają ludzie w różnym wieku, z różnymi chorobami, opieka całodobowa, rehabilitacja a co najważniejsze że blisko mojego miejsca zamieszkania. Wszystko co usłyszałem od tych Pań na temat tego DPS, wyglądało bardzo kolorowo a zapewnienia rodziny że będą przyjeżdżać do mnie co niedziela, przekonało mnie i nie miałem nic przeciwko temu aby tam jechać. Jeszcze przez tydzień byłem w domu, cały czas myśląc co to za zakład i jak będzie wyglądało dalsze moje życie. Mój tok myślenia był dwojaki, z jednej strony nie chciałem nigdzie jechać, z drugiej strony miałbym wyrzuty sumienia jakby stało się coś siostrze która ma na wychowaniu dzieci, dlatego umieszczenie mnie w jakimkolwiek zakładzie odciąży ją i nie dojdzie do żadnej tragedii. Jedna kaleka w rodzinie wystarczy – pomyślałem.

Dzień przed odjazdem przyjechała jedna z tych Pań i spytała mnie: Czy zgadzam się na umieszczenie mnie w DPS? Odpowiedziałem: Tak!!! Po tej odpowiedzi nie odzywałem się do nikogo, wieczorem siostra spakowała mnie a na drugi dzień, bez pożegnania byłem przewieziony do DPS w Śniatowie.

Sens życia

Aby Bóg mógł czynić dobro, nawet poprzez moją niepełnosprawność, najpierw sam musiałem ją przyjąć, pogodzić się z nią, musiałem Mu zaufać… Dopóki brakowało mi tego powiedzenia „TAK”, to żyłem w ciągłym rozdarciu, pomiędzy walką z tym, co zostało mi dane, a możliwie najbardziej pełnym i aktywnym życiem, w tym stanie, w jakim jestem. Szczególnie w świetle wiary zrozumiałem, że gdy Jezus uzdrawiał, rozmnażał chleb, to szły za Nim tłumy, lecz czy oni byli Jego przyjaciółmi? Czy wykorzystywali jedynie to, że mógł im się jakoś przydać? Natomiast na Drodze Krzyżowej prawie wszyscy Go opuścili… Pozostali przy Nim tylko ci, którzy potrafili prawdziwie kochać.

Marian Łapiński

To dało mi nadzieję, że być może również ja spotkam takich ludzi, dla których niepełnosprawność nie jest okropieństwem, od którego się ucieka, lecz widzą w niej wyzwanie, aby wzrastać ponad to wszystko, co powierzchowne, złudne, przemijające… Myślę, że sens, a nawet piękno życia polega właśnie na tym, że nie przechodzi się przez nie, jak przez płaską, monotonną dolinę, lecz jest to niezwykły górski szlak. Bywa, że czasem napotykamy strome wzniesienie, które jest zbyt trudne, aby pokonać je samotnie. Natomiast idąc wraz z Bogiem – obecnym także w Przyjaciołach, można wciąż przekraczać granice własnych obaw i słabości, bo tylko wtedy można wzrastać w Wierze, Nadziei i Miłości. Każdy z nas potrzebuje relacji z kimś, kto zaakceptuję, zrozumie, doceni, pokrzepi swym ciepłem, serdecznością, życzliwością, rozmową… Myślę, że takie kontakty z ludźmi są niezbędne, aby dzięki nim poznawać prawdę o nas samych, a także o otaczającej nas rzeczywistości. Im bardziej nie jesteśmy wzajemnie sobie obojętni, lecz zależy nam na drugiej osobie, tym bardziej stajemy się takimi szczególnymi zwierciadłami, w których odnajdujemy własne myśli, możliwości, odpowiedzi na nurtujące nas wątpliwości, a nawet drogę naszego życia. Właśnie w spotkaniach najcenniejsza jest możliwość wzajemnego ubogacania sobą, bo jesteśmy podobni do książek, które razem czytamy i pozwalamy się czytać, a także razem je piszemy… Podobnie jak książki, jedne osoby są dla nas ciekawsze inne mniej, ale tylko czasem spotykamy taką, która nas zafascynuje… Toteż naturalne jest, że w niektórych ludziach odnajdujemy więcej szczęścia, a w innych mniej, więc lepiej żyć wśród przyjaciół, niż zdecydować się na samotność . Osobiście, najbardziej cenię kontakty z ludźmi, bo książka, nawet ta najciekawsza i najpiękniejsza, jest tylko światem wyobraźni, natomiast drugi człowiek jest realną rzeczywistością. Ważne jest dla mnie, aby życie jak najpełniej przeżyć – nie w świeci iluzji, wyobraźni, marzeń, bo są to tylko miraże na pustyni samotności… Nasze pragnienie obecności, może ugasić tyko, rzeczywista Oaza, przy której czasem możemy się zatrzymać i pokrzepić… Warto, więc spotykać przyjaciół w rzeczywistości, aby w naszym życiu mniej było samotności, a więcej radości:).

Marian Łapiński